
Powieść "Zapomniana miłość"
Robert Surda prowadzi pozornie zwyczajne życie – do chwili, gdy zaczyna tracić pamięć i kontrolę nad codziennością. Jego żona, Bogumiła, milczy o dramatycznej diagnozie, a dorosła córka skrywa własne tajemnice. Ich dom, który miał być bezpiecznym azylem, powoli przestaje spełniać swoją funkcję.
Choroba, ciąża i strach splatają się w gęstą sieć zdarzeń. Każdy próbuje chronić bliskich, nawet za cenę utraty własnego spokoju. Po śmierci Bogumiły nic już nie jest takie jak wcześniej. Robert staje się coraz bardziej nieprzewidywalny, a granice rzeczywistości zaczynają się zacierać.
Córka i jej partner desperacko szukają równowagi, lecz trudne wybory pociągają za sobą konsekwencje, przed którymi nie mogą uciec. Każdy dzień to walka – o zrozumienie, o przetrwanie…
Wojciech Burdelak pokazuje, że gdy wszystko się rozpada, miłość, wystawiona na najcięższą próbę, zdolna jest ocalić to, co najcenniejsze – rodzinę.
Zamów książkę w przedsprzedaży
na stronie wydawnictwa Brda.
Fragment powieści "Zapomniana miłość"
Wstęp.
– Kto chce złapać promocję, zapraszam do mnie! Ludzie, ludzie, wyprzedaż przez duże „wy”! – Ktoś się darł w niebogłosy dosłownie kilka metrów od niego, a on już tylko pragnął opuścić ten przybytek zdzierstwa i hipokryzji.
– Do dupy z tym – warknął i zdenerwowany pokręcił głową. – A co gdybym umarł robiąc pieprzone zakupy? O to niby ma chodzić w tym popierdzielonym życiu? Promocje, promocje i jeszcze raz wyprzedaże?
Nie wiedział ile osób podzielało w tej chwili jego poglądy, ale coś czuł, że większość z zebranych w tym miejscu przypominała nietypowe Zombie, które zamiast ludzkim mięsem żywiły się reklamami i promocjami, a sens ich życia kręcił się wokół sposobu na ograniczenie wydatków.
Już jakiś czas temu z przykrością zauważył, że ludzie zupełnie postradali rozum i zapadli na dziwną, ale bezsprzecznie groźną chorobę, na którą jedynym panaceum było „złowić” coś w promocji. Za punkt honoru przyjął sobie opuścić ten niegościnny teren i jak najszybciej znaleźć się w swoim aucie.
Robert Surda właśnie został wypluty przez standardowe obracane drzwi i po przejściu kilku metrów zatrzymał się zdezorientowany. Opuścił zatłoczony pasaż i chciał jak najprędzej znaleźć się w samochodzie, aby ruszyć w drogę powrotną do domu. Trzymał w obu dłoniach dwie pękate reklamówki zakupów i cieszył się w duchu, że udało mu się nie zrealizować całej listy, jaką zafundowała mu Bogumiła, bo wtedy taszczyłby jeszcze jedną, a może nawet dwie nadmiarowe torbiska. Pod pewnym względem miał bardzo specyficzną żonę. Nie znał drugiej takiej kobiety, która czułaby taką awersję do zakupów. Wybranka jego serca nie lubiła gwaru i tłoku, a może zwyczajnie; bała się go.
Był niskim facetem ze sporą nadwagą, a pokaźna łysina również nie dodawała mu uroku. Jego osobisty czar prysł dobrych trzydzieści lat temu i teraz patrząc w swoje odbicie w lustrze lub szybie otrzymywał od razu pokaźną dawkę negatywnych emocji. Nie lubił siebie, swojego wyglądu, a zwłaszcza tego, co w życiu osiągnął. Często łapał się na tym, że „gdyba”. Co by było, gdyby poszedł do innej szkoły, co by było gdyby nie słuchał kumpli, co by było gdyby był rozsądniejszy i mniej pił? Tego rodzaju przemyślenia do niczego nie prowadziły i tylko pogłębiały frustrację.
Parking przed galerią handlową był naprawdę spory. Mógł pomieścić na pewno kilkaset pojazdów, jeśli nie tysiąc. Było to uzasadnione, bo w końcu w dzisiejszych czasach niemal każdy miał auto, a ludzie uwielbiali odwiedzać tego rodzaju miejsca. Ciągły ruch pojazdów przypominał nieuporządkowany chaos, ale to było tylko złudzenie. Samochody jeździły, a ich właściciele wypatrywali wolnych miejsc. Żadne zwolnione miejsce nie pozostawało długo opuszczone, ponieważ w godzinach szczytu coś tu ludzi ściągało na zakupy, jak magnez przyciąga opiłki żelaza. Być może że działał tak zwany odruch stadny, kiedy to przedstawiciele homo sapiens w dużej grupie czują się po prostu pewniej. A może w grę wchodziła praktyczność i wygoda, bo galerie oferowały całe mnóstwo sklepów różnego rodzaju.
Stał w bezruchu, torby ciążyły, a obok przechodzili ludzie i nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. I dobrze, pomyślał. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś życzliwy zapytał: czy coś mu dolega albo co się stało, że tak stoi, jak odlany z metalu? A bezsprzecznie potrzebował pomocy. Dopiero po wyjściu uzmysłowił sobie, że w pośpiechu wymieszanym z emocjami nie zwrócił uwagi, gdzie zaparkował Citroena.
Poczuł się bezradny, bo po pierwsze; nikt mu nie przyjdzie z pomocą i nie wskaże, w którym miejscu stoi jego białe Picasso. Po drugie takich aut mogło być kilka, a jego samochód nie posiadał niczego charakterystycznego oprócz tablicy rejestracyjnej. Raz już przeżywał coś podobnego, kiedy po wyjściu z Biedronki podszedł do auta i próbował otworzyć drzwi, ale immobilizer nie reagował. Pomyślał wtedy, że będzie problem, bo pewnie padła mu bateria. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że wnętrze nie jest takie jakie być powinno. Na tylnym siedzeniu leżało jakieś duże pudło, a on czegoś takiego nie woził. Okazało się, że pomylił samochody i gdyby od razu zerknął na tablice, to by zaoszczędził sobie czasu i nerwów. Tutaj było znacznie gorzej, bo parkowało kilkanaście razy więcej pojazdów co przed tamtym marketem.
Patrząc na widoczne setki fragmentów karoserii kontynuował liczenie. Plac był podzielony na ponumerowane sektory i jedyny sposób na w miarę szybkie odszukanie swojego wozu, to systematyczne przeglądanie poszczególnych jego części.
– Na czym skończyłem? Aha, na dwójce – tym razem już wyszeptał i w nosie miał, czy ktoś to usłyszy. Skupił się na wyliczaniu przeszkód zamiast ruszyć w teren i szukać zguby.
A po trzecie, co zrobić z torbami? Powrócił do trybu bezdźwiękowego. Najlepiej by było gdzieś je zostawić, ale gdzie? Rozejrzał się raz jeszcze, ale tym razem interesowało go bliższe otoczenie. Obok był stragan z warzywami i owocami, ale sprzedawczyni wyglądała na zdenerwowaną albo zwyczajnie nie lubiła swojej pracy. Nie było szans, żeby miała się zaopiekować jego zakupami. Pomimo usilnych starań, więcej już żadnej namiastki przechowalni nie zauważył.
– Robert, nie rób z siebie idioty większego niż jesteś – zmotywował siebie i ponownie zrobił to na głos. A niech sobie podsłuchują; ma to gdzieś.
Właśnie dotarł do liczby „4”, która w jego mniemaniu należała do najcięższego kalibru. Znał siebie na tyle dobrze, iż wiedział, że nie należy do osób uporządkowanych i jego poszukiwania trącać będą czystym chaosem. Prędzej, czy później pogubi się i nie będzie wiedział, które fragmenty już przeszukał, a gdzie jeszcze nie był.
– Przecież nie zadzwonię do Bogusi, żeby się zwolniła z pracy i przyjechała taksówką pomóc mi szukać samochodu? Co mam zrobić? Boże święty, pomóż – ponownie wyszeptał i tym razem zabrzmiało to jak modlitwa.